Perełki i rozczarowania, czyli literackie podsumowanie 2014 roku



Ależ ten czas szybko leci... Naprawdę, mam wrażenie jakbym niedawno witała stary, dobry 2014, a tymczasem ten żegna się z nami już dzisiaj - prawdopodobnie z wielkim hukiem. Uważam go za rok niezwykle udany - przeżyłam wiele wspaniałych dni, poznałam nowych wspaniałych ludzi, tańczyłam na pierwszym w życiu weselu ( oczywiście nie na moim ;) ), mogłam przejść się wąskimi, tętniącymi życiem, a jakby pochodzącymi z innej epoki uliczkami Wenecji, rozwijać swoje pasje i przede wszystkim czytać. A ta ostatnia kwestia jest chyba dla nas najistotniejsza.

Pod względem czytelniczym rok 2014 był rokiem rewolucyjnym i bardzo, ale to bardzo dobrym. Co prawda, nie potrafię określić ile dokładnie książek przeczytałam, ale czy dokładne, ściśle wyliczone cyferki są dzisiaj tak istotne. Rok 2014 to był rok wielu perełek i tutaj właśnie je wymieniam ( nie są to pozycje wydane wyłącznie w bieżącym roku, ale w tym roku przeze mnie przeczytane ):

"Lśnienie" S. King


Może nie jest to klasyka, czy arcydzieło na miarę dzieł Mickiewicza, jednak z pewnością jest to najlepsza książka Kinga, jaką dotąd miałam okazję przeczytać i zarazem najlepszy horror, z wszystkich, które dotąd czytałam. Książka na swój sposób już kultowa, wielu pewnie ma ją za sobą, a tych, którzy jeszcze nie czytali szczerze zachęcam. To nie tylko mrożąca krew w żyłach powieść grozy, ale przede wszystkim przerażające i autentyczne stadium szaleństwa i uzależnień. A tych, którzy oglądali już ekranizację zapewniam, że chociaż film był niezły, to jednak z książką się nie równa.

"Gwiazd naszych wina" J.Green


"Gwiazd naszych wina" to książka dla młodzieży, nie przeczę. Ale kryje w sobie magię, klimat, smutek, wzruszenie i radość, którymi nie pogardzi nawet dorosły. I mimo, że po przeczytaniu opisów fabuły może nam się wydać, że to cukierkowy, przesłodzony romans między dwoma chorymi na nowotwór nastolatkami zapewniam, że tak nie jest i że warto po najsłynniejsze dzieło Greena sięgnąć.


"Kamienie na szaniec" A.Kamiński


Cieszę się, że mogłam tę książkę przeczytać skupiając się na każdym zdaniu, słowie, a nie gnać, by zdążyć na jej omawianie w trzeciej klasie gimnazjum. Czytałam tuż przed wyjściem do kina z moją szkołą i absolutnie nie żałuję. A wam, jeśli tego nie zrobiliście polecam przeczytanie "Kamieni na szaniec" - prostego, a jednocześnie pięknego świadectwa odwagi, wiary, miłości do Ojczyzny i patriotyzmu, tego dobrego, wspaniałego, którego dzisiaj tak niewiele. Zwłaszcza, że język jest prosty, łatwy do zrozumienia i nie przytłacza długimi opisami i rozwlekłością. Warto. Dla mnie lektura obowiązkowa dla każdego Polaka.

"Złodziejka książek" M. Zusak

   
Niesamowita. Tylko to jedno słowo przychodzi mi do głowy, gdy myślę o "Złodziejce". Mogłabym się rozpisywać, ale czy to jedno słowo nie jest wystarczające. Chyba, że... No właśnie, słowa... To słowa odgrywają w tej powieści ogromną rolę - zaskakują, otaczają, czasem nawet przytłaczają, dusząc i gniotąc, ale są. Zawsze i wszędzie. Piękne. I czyste, wbrew szalejącej wokół wojny.

"Niewidzialny most" J. Orringer


 Pozycja mało znana, czego naprawdę żałuję. To wspaniała, majestatyczna, wykreowana z ogromnym rozmachem historia o sile miłości, życiu codziennym w latach wojennej zawieruchy i spełnianiu marzeń. I o przyjaźni, która jest w stanie pokonać i przetrwać wszystko. Piękna i emocjonująca lektura. 

"Cień wiatru"  C.R Zafón


Moje drugie spotkanie z Zafónem uznaję do dnia dzisiejszego za niezwykle udane. Jestem szczęśliwa, że mogłam przeczytać tak niesamowitą książkę, w której słowa są jak cienka mgiełka otulająca czytelnika i zachęcająca go by wkroczył w mroczne, ale i urokliwe wąskie uliczki Barcelony. I podtrzymuję swoje zdanie: chcę kiedyś pisać tak jak pan Zafón. 

"Marina" C.R Zafón


Kolejne dzieło Zafóna, Kolejne niesamowite emocje towarzyszące nerwowemu przewracaniu kolejnych stron. "Marina" tylko z pozoru jest zwyczajną powieścią młodzieżową. To ukryta pod pozorem pięknych i szlachetnych słów bomba, która w pewnym momencie wybucha. Piękna pozycja o dojrzewaniu, pierwszym uczuciu i mrożącej krew w żyłach tajemnicy. 

"Delirium" L. Oliver


Wielokrotnie piszę i mówię, że nie przepadam za typowymi młodzieżówkami. I kolejny raz sobie przeczę. Ale "Delirium" to "Delirium". To jak tysiące drobnych igieł wbijających się w naszą skórę znienacka i niespodziewanie, ukrytych za z pozoru tandetną fabułą. To cudowna książka o miłości, która jest zakazana ( tym razem naprawdę! ) i nie ma prawa bytu. O świecie, w którym każdy aspekt miłości jest surowo zakazany. I może po przeczytaniu dasz radę odpowiedzieć na pytanie: Czy gdyby miłość była chorobą, chciałabyś się wyleczyć?

"Przeminęło z wiatrem" M. Mitchell


   Chociaż ten ranking miał nie wysuwać na absolutne prowadzenie żadnej powieści, to muszę się wyłamać. "Przeminęło z wiatrem" jest dla mnie na miejscu najpierwszym. Kocham Tarę, kocham Scarlett, Rhetta, Melanię. Kocham Atlantę, barbakoje i bale. I kocham wiatr, mimo, że z nim wszystko przemija. Nawet stare Południe. Najukochańsza książka!

"Wichrowe wzgórza" E. Bronte


Gdy myślę o tej książce przed oczami widzę jeden szary i monotonny obraz - wrzosowiska, po których jęczy głucho wiatr. Czytam gdzieś, że to romans wszechczasów, ale moim zdaniem nie jest to tytuł odpowiedni dla tej pozycji. Bo czy tę obsesję, namiętność i niszczycielskie uczucie toczące się niczym huragan między Katarzyną i Heathcliffem, które zburzy spokój następnych pokoleń zasługuje na to miano?! W każdym razie ja wciąż jestem oczarowana i błądzę po wrzosowiskach nasłuchując upiornych głosów wspominających dawne tragedie i wydarzenia. 

"Duma i uprzedzenie" J. Austen



Pogodna, barwna i zabawna powieść opowiadająca o tym, jak to często w naszym życiu ulegamy błędnym pozorom. Z pozoru banalna, ale za barwnym i lekko ironicznym językiem autorki znajdziemy także trafne odwzorowanie epoki i stosunków międzyludzkich w niej panujących. Znakomita lektura, zwłaszcza na zimowe wieczory przy kominku.

"W cieniu pałacu zimowego" J. Boyne



Wspomnienia. To słowo przychodzi mi pierwsze na myśl, gdy spojrzę na tę powieść. Nostalgiczna, pełna smutku i zarazem radości historia przemijania pewnej epoki i wartości, niezwykle silnej miłości i spełniania marzeń okraszona  barwnym, przejmującym i poetyckim językiem. Świetna

"Rok 1984" G. Orwell



Przerażająca wizja świata, która jest wciąż aktualna i wciąż ciąży nad nami niczym najgorsze fatum. Zadana mi jako lektura dodatkowa i absolutnie nie żałuję, że po nią sięgnęłam. Ale potencjalnych czytelników ostrzegam: to nie jest łatwa i optymistyczna historia na jeden wieczór.
"Mały Książe" A. De - Saint Exupery


Cieniutka książeczka, która niesie w sobie mnóstwo prawd, złotych myśli i pięknych cytatów. Czytając ją, możemy spojrzeć na świat oczami dziecka niewinnego i dobrego i z pomocą prostych historii wiele się nauczyć. Przeczytana w mniej niż godzinę, a zapamiętana jeszcze na bardzo, bardzo długo.  


 Gdy uporałam się z przyjemniejszą częścią najwyższy czas na tę zdecydowanie mniej miłą, czyli na pozycje, które mi się nie spodobały i mnie zawiodły:

"Alicja i lustro zombi" G. Showalter


Pierwsza część podobała mi się. Była miłym, niezobowiązującym czytadłem z całkiem sensownymi postaciami i interesującą akcją. Ale druga część? Płacz i zgrzytanie zębami. Autorka przesadziła z wątkiem romantycznym, traktując go jako najważniejszy element historii. I nie byłoby tak źle, gdyby nie był on tak nierealny, pełen zawirowań i zupełnie pozbawiony sensu. Nawet bohaterowie stracili swój urok i sympatyczny charakter. I mimo, że akcja ciągle jest wartka i ciekawa, a język barwny, lekki i plastyczny to i tak jestem bardzo rozczarowana. Bo potencjał na dobrą młodzieżówkę i rewelacyjny paranormal był.

"Samotność bogów" D. Terakowska


Lubię mądre książki, naprawdę. I nastawiałam się na wartościową, ale też ciekawą historię dla czytelnika w każdym wieku. Szkoda tylko, że otrzymałam dobry pomysł w kiepskiej formie. Bo "Samotność" jest po prostu nudna i pozbawiona  tego, co zachęca do czytania. Doceniam wspaniały pomysł, przesłanie i piękny język, ale nie potrafiłam się zżyć z bohaterami ani wciągnąć w treść. Ale nie odradzam, bo to wartościowe dzieło. Może jednak przypadnie wam do gustu.

"Romeo i Julia" W. Shakespeare

   
Pozycja powszechnie znana. Lektura szkolna. Romans wszechczasów. Niestety, mnie nie za bardzo przypadł do gustu. Może dlatego, że wyznaję miłość, która rozwija się nieco wolniej niż to uczucie między tytułowymi postaciami, które wydawało mi się po prostu nierealne. Ale nie żałuję, że "Romeo i Julię" przeczytałam, bo to książka, której znać nie wypada. Zaletą są wspaniałe cytaty i postacie Merkucja i Tybalta, które ogromnie przypadły mi do gustu.

A słowem zakończenia: Życzę Wam wszystkiego najlepszego w Nowym Roku, spełnienia marzeń, szampańskiej sylwestrowej zabawy i zdrowia, które jest chyba najważniejsze ;)
   

Gdzie się podziały tamte białe noce, gdy szliśmy razem, za rękę trzymając się... ("W cieniu pałacu zimowego" John Boyne )



Wspomnienia. Jedno słowo, które znaczy tak wiele. Jedno słowo, które niesie za sobą chwile szczęśliwe i gorzkie, takie, które chcielibyśmy jak najszybciej zapomnieć i takie, którymi w sercu pieczołowicie się opiekujemy, pragnąc by zostały z nami na zawsze. Czy zastanawialiśmy się kiedyś nad przeszłością, wspomnieniami innych? Może ten staruszek przechodzący powolutku na drugą stronę ulicy przeżył niegdyś coś niesamowitego? Może bronił naszego kraju przed wrogami, walczył w ramię w ramię z bohaterami? Może sam jest bohaterem? A ta kobieta w szarej sukience trzymająca za rękę małą dziewczynkę... Może ona też przeżyła coś niesamowitego? Wielką miłość. Zdradę. Walkę. Prześladowanie. 

 A ja właśnie skończyłam książkę. Niepozorną. Nie za grubą, nie za cienką. Ot, z pozoru zwyczajną, chociaż z przykuwającą uwagę okładką. Jednak to nie jest zwyczajna powieść. To owinięta gęstą mgłą wspomnień historia o przemijaniu dawnych potęg, końcu pewnej epoki i sile miłości. Miłości, która jest gotowa oddać życie. Miłości, która dąży do spełnienia, mimo wszystkich przeciwności. Historia, gdzie dawne czasy mieszają się ze współczesnością, budząc w nas smutek, wzruszenie, pewną nostalgię. Gdzie słowa jednocześnie tracą i zyskują na znaczeniu. Gdzie mamy ochotę płakać, ale jednocześnie nie możemy, jakby coś nas blokowało.

I wcale nie jest to jakieś tandetne romansidło z mdłymi bohaterami, łatwymi do przewidzenia rozwiązaniami fabularnymi ( chociaż jeden element jest wyjątkowo łatwy do rozstrzygnięcia ) i nierealnym, stuprocentowym happy endem. Nie, to powieść z ludzkimi, niepozbawionymi wad bohaterami. Z momentami zaskakującą akcją. Ze słodko - gorzkim zakończeniem. Z doskonałym odwzorowaniem epoki ostatnich carów i zmierzchu dynastii Romanowów w Rosji. Z pięknym opisem carskiej rodziny. Z cudownym wątkiem pierwszej miłości. 

Nie mogę nazwać tej książki obiektywną - czasem zbyt wybiela cara Mikołaja II, zbyt krytykuje rewolucjonistów. Ale czy to musi być wada? W końcu nie mamy do czynienia z literaturą stricte naukową, która musi ściśle trzymać się faktów, lecz z powieścią obyczajowo - historyczną. A ja pozostaję oczarowana.  Epoką ostatnich Romanowów, która niestety musiała doczekać się powszechnie znanego, tragicznego finału. Lekkim, ale jakże poetyckim i emocjonującym językiem. Nostalgią, melancholią, smutkiem i motywem przemijania, który po kryjomu, chociaż nie do końca dobrze się kryjąc przewija się w "W cieniu pałacu zimowego".   Bohaterami, którzy zostali tak dobrze opisani. Zdecydowanie jedno z najmilszych odkryć tego roku. Jedna z lepszych książek, które mogłam przeczytać. Jedna z tych, które są w stanie złamać serca i pokruszyć naszą duszę na maleńkie kawałeczki.  

Wesołych Świąt Bożego Narodzenia!


Gdy na niebie pierwsza gwiazdka, a ty już zrobiłaś ciasta
Wyjdź ze swojej chatuleńki i jak Jezusek Malusieńki
Drogę znajdź do gwiazd samiuśkich
Co gdzieś wysoko na niebie
wesoło mrugają do Ciebie
A potem kolędy wyśpiewaj i bierz się za życzenia:
"Żeby Ci się w nowym roku dobrze powodziło,
Żeby zdrowie i szczęście nigdy nie zawodziło,
a tutaj na ziemskim padole niezgorzej się żyło niż na niebiańskich wysokościach,
Żebyś pod choinką moc prezentów odkryła, w nadchodzącym roku swe życzenia spełniła
I przede wszystkim długie lata żyła"

Ps. Złapała mnie dzisiaj rano wena do pisania życzeń i tak powstał ten oto, powyższy twór ;) Za skrzywienie wam umysłów na Święta bardzo przepraszam ;)
PPS. A tak już całkowicie poważnie, życzę wszystkim czytelnikom i blogerom szczęścia w nadchodzącym 2015 roku, dużo zdrowia, wytrwałości w dążeniu do celu, spełnienia marzeń, masy prezentów ( zwłaszcza książkowych ), "kariery" blogowej - setek nowych komentarzy, obserwatorów, no i przede wszystkim samych interesujących, pozostających w pamięci książek :)

Może herbatki, panie Darcy? Z pewnością jest pan zmęczony po takiej podróży... ( "Duma i uprzedzenie" Jane Austen )


Czegoż ja się nie nasłuchałam o słynnej książce Jane Austen. A to, że to typowy romans dla egzaltowanych panien, a to, że to doskonałe ukazanie epoki wiktoriańskiej, a jeszcze kiedy indziej, że to znakomita przenośnia dotycząca ludzkich zachowań. A teraz, w parę dni po przeczytaniu osławionej "Dumy i uprzedzenia" skłaniam się po troszku do wszystkich tych trzech opinii...

Bo nie można odmówić Austen tego, że wykreowała wyjątkowo zgrabny, zabawny i leciutki romans, który sprawi, że niemal każda czytelniczka zapragnie poznania pana Darcy'ego. Czyż nie ma czegoś piękniejszego od miłości, która bierze swój początek z obustronnych chłodnych stosunków, stopniowo zbliżając dwie strony do siebie?  A jeśli całą taką lekką historię wzbogacimy o pełnokrwistych bohaterów, z których każdy będzie inny i interesujący to mamy już przepis na literaturę dla panien jak się patrzy. Ale przecież taka pozycja nie przeszłaby wtedy do kanonu literackiego, do tak zwanej klasyki... Widocznie w tej historii musi być coś więcej, coś, co tylko czeka na odkrycie.

"Jest prawdą powszechnie znaną, że samotnemu a bogatemu mężczyźnie brak do szczęścia tylko żony."

I powiem nieskromnie, że myślę, że udało mi się dostrzec ową głębię, która sprawiła, że "Duma i uprzedzenie" jest jedną z najbardziej szanowanych dzieł na świecie. Nie jest łatwo wyrazić zachwyt po przeczytaniu książki, w której tak łatwo można się zanurzyć w innej epoce - epoce balów, proszonych kolacji, miłosnych listów i spacerów z przystojnym dżentelmenem u boku. Z każdą stroną coraz głębiej wsiąkałam do XIX - wiecznej Anglii, z każdą stroną coraz bardziej traciłam kontakt ze światem wewnętrznym , by w końcu poczuć się jak panienka z dobrego domu, ucząca się śpiewu, rysunku i rozglądająca się za uprzejmym, i najlepiej bogatym kawalerem. Z każdym rozdziałem bardziej przywiązywałam się do inteligentnej i roztropnej Elizabeth, miłej i dobrej Jane oraz do dumnego i ( z pozoru! ) odpychającego Darcy'ego. Byłam niezmiernie zła na głupiutką i żywotną matkę dziewcząt - panią Bennett, nabijałam się z gadulstwa i zarozumialstwa pana Collinsa, podziwiałam uprzejmość i ogładę Bingley'a. I w pewnym momencie zauważyłam to, co pod przykrywką lekkiej miłosnej historii chciała nam przekazać autorka - to, że nie powinniśmy oceniać po pozorach, że nie wszystko złoto, co się świeci i że nie ma ludzi bez wad czy całkowicie pozbawionych zalet. Jednocześnie Austen ukazała nam kulisy epoki, w której żyła ze wszystkimi jej wadami i zaletami oraz postawy ludzi w tamtych czasach, które uosabiają wykreowane przez nią postacie. Każdy człowiek jest inny i możemy to bez specjalnego wysiłku dostrzec w tej lekturze.


Całość została przyprawiona zgrabnym i lekko ironicznym, zabawnym językiem. O dziwo, opisy nie są nużące czy specjalnie długie, a konkretne i proste. I właśnie one dodają smaku całej tej historii, zdumiewająco prostej, a jednocześnie wartościowej i wciąż aktualnej. W końcu nie od dziś oceniamy coś lub kogoś po pozorach, nie bacząc na jego wnętrze i prawdziwe uczucia, a może właśnie ta historia nas tego oduczy... Ja nadal pozostaję pod dużym wrażeniem "Dumy i uprzedzenia" i czuję, że potrwa ono jeszcze dłużej. A wam polecam z całego serca sięgnięcie po tę książkę, może i wam uda się dostrzec jej niezwykłość. A ja dalej będę się zastanawiała, kto tak naprawdę był dumny, a kto uprzedzony...         


27. ,,Wichrowe Wzgórza" Emily Bronte

Tytuł: ,,Wichrowe Wzgórza"
Tytuł oryginału: ,,Wuthering Heights"
Autor: Emily Bronte
Ilość stron: 338
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka


Gdybym zadała teraz pytanie czym dla was jest miłość i z czym wam się kojarzy z pewnością usłyszałabym kilka pięknych określeń. Tak, zdecydowanie miłość jest dla nas czymś pięknym, cennym, niezwykłym - wartością, której należy bronić przed niegodziwością tego świata. Czy jednak kiedykolwiek zastanawialiśmy się nad innymi rodzajami miłości? Nad miłością, która niszczy, pozbawia zmysłów, prowadzi do choroby i szaleństwa. Nad miłością, po której pozostaje tylko wiatr jęczący głucho nad wrzosowiskami. Pewnie nie...


Powieść Emily Bronte została okrzyknięta arcydziełem i mianem jednej z najbardziej brutalnych i okrutnych historii jakie powstały. Miał to zarazem być moje pierwsze spotkanie z prozą słynnych sióstr. I okazało się być więcej niż tylko udanym. 

Ale od początku... Przenieśmy się do małej angielskiej mieściny na przełomie XVIII i XIX wieku. Znajduje się tam piękna posiadłość - Wichrowe Wzgórza. Pewnego dnia pan tych włości, a jednocześnie ojciec Cathy i Hindleya przywozi ze sobą ubogiego cygańskiego chłopca - Heathcliffa. Chłopiec dorasta i coraz bardziej zżywa się z przybraną siostrzyczką. Coś jednak staje na przeszkodzie ich wspólnej przeszłości. Po latach Heathcliff powraca, by zemścić się na tych, od których doznał krzywd. A jego zemsta obejmie także przyszłe pokolenia...

Zacznę od tego, że narracja w "Wichrowych Wzgórzach" jest naprawdę pomysłowa. Całą historię słyszymy od starej pani Dean - służącej i świadka tragicznych wydarzeń. Dzięki temu powieść wydaje się być bardziej przesiąknięta emocjami, bardziej prawdziwa, a lodowaty wiatr od wrzosowisk jeszcze bardziej przenika chłodem nasze plecy. Bo "Wichrowe Wzgórza" nie są zwyczajnym romansem - opowiadają o tym jak różne oblicza może przybrać miłość, o tym jak niespełniona namiętność może niszczyć wszystko i wszystkich dookoła. O tym, że miłość od nienawiści dzieli tylko krok...


"Przewodnią myślą mego życia jest on. Gdyby wszystko przepadło, a on jeden pozostał, to i ja istniałabym nadal. Ale gdyby wszystko zostało, a on zniknął, wszechświat byłby dla mnie obcy i straszny, nie miałabym z nim po porostu nic wspólnego."

Bohaterów nie sposób łatwo ocenić. Nie są pozbawieni wad, nie są jednoznacznie źli lub dobrzy, pomimo tego, że czasem mogą nam się wydać potworami z najciemniejszych piekielnych czeluści. Heathcliff jest jedną z najbardziej chyba złożonych postaci w literaturze - czasem czułam do niego nienawiść, czasem współczucie; z pewnością jednak nie polubiłam go. Cathy też nie pozbawiona była wad. Kapryśna, bystra, złośliwa - wszystkie jej cechy tworzyły istną mieszankę wybuchową. Za jedyne pozytywne postacie mogę uznać panią Dean i Edgara Lintona. Doceniam jednak wkład związany z wykreowaniem tak pełnokrwistych, niezwykłych, mrocznych bohaterów.

Czytając "Wichrowe Wzgórza" czułam się jak liść targany przez lodowaty, wiejący z wrzosowisk północny wiatr. Naprawdę błądziłam po wrzosowiskach, a moje usta wołały tylko jedno imię : "Heathcliff". Język Emily jest wspaniały. Barwny, niemalże poetycki, ale też zaskakująco realny, potrafiący ukazać ogromne okrucieństwo, ogromny ból i ogromne zło. Opisy są bogate, ale nie nudzą. Chciałabym kiedyś móc tak pisać.

"Nie mogę żyć bez mego życia! Nie mogę żyć bez mojej duszy!"

"Wichrowe Wzgórza" to książka niezwykła. Rzadko która lektura wywarła na mnie tak ogromny wpływ jak powieść Emily Bronte, Warto po nią sięgnąć. Może i wy wkrótce będziecie się przechadzać po sennych wrzosowiskach szukając demonicznej miłości, która ciągle żyje, mimo, że umarła wiele lat temu...

MOJA OCENA:
         10/10           

Tutaj załączam zdjęcie mojego wydania:

      

I całe Południe przeminęło z wiatrem...

Są książki, które mają dla nas ogromne znaczenie, które wywarły na nas wielki wpływ, o których nie potrafimy zapomnieć, a każde słowo o nich przywoła w naszych myślach obraz gorączkowego przewracania kolejnych kartek, napięcia na twarzy i trzęsących się ze zdenerwowania dłoni. Tak, są takie książki. W swoim życiu spotkałam ich już kilka. Mogę z zadowoleniem stwierdzić, że taką książką dla mnie jest też "Przeminęło z wiatrem" autorstwa Margaret Mitchell.  


Scarlett, coś ty ze mną zrobiła? Dlaczego złamałaś moje serce, tak jak złamałaś je tak wielu mężczyznom? Dlaczego pędziłaś za tym, co nieosiągalne, pozwalając by to co najpiękniejsze i warte twoich uczuć przeminęło nieodwracalnie z wiatrem? Dlaczego czasem byłaś dla mnie jak siostra, zanurzona jak ja we własnym egoizmie i niespełnionych żądzach i ambicjach, by później zmienić się w osobę, która wzbudzała we mnie tylko i wyłącznie nienawiść? Dlaczego? Tego niestety nie wiem i chyba nikt na to pytanie mi nie odpowie...

A ty Retcie? Czemu podążałeś za czymś, co jest jak lekki listek, który i tak uleci hen, daleko, razem z wiatrem? Czemu zmarnowałeś swoje życie dla czegoś tak zaślepionego, tak niegodnego twego serca? Dlaczego nie porzuciłeś swoich wysiłków, widząc, że nie przynoszą żadnych rezultatów? Może dlatego, że ona była jedyną osobą, którą tak kochałeś, w której znalazłeś sobie bratnią duszę. A może po prostu kiedyś miłość była inna i kochało się szczerze, prawdziwie i wiernie?  Znowu pogrążę się we własnej głupocie i ciemnocie i odpowiem, że nie wiem, nie jestem pewna.

Ale mimo to, mimo tego, że wszystko przemija z wiatrem ja będę tęskniła. Za dawnymi czasami. Za setkami dżentelmenów. Za sennymi popołudniami na plantacji. Za śmiechem pracujących w pocie czoła Murzynów. Za barbakojami pełnymi paradujących w dumnych sukniach panien. Nawet za Jankesami czy za marudną Zuelą. 

Żałuję, że muszę już odejść. Zamykam ostatnie strony pięknej historii. Historii Południa, które w ciągu kilku lat przeminęło z wiatrem, Odkładam książkę na półkę i uświadamiam sobie, że we mnie też coś przeminęło. Może znajdę skrawki swej duszy gdzieś w pogrążonej w walkach Atlancie, a może w Tarze wśród pnących się w górę krzaczków bawełny. Ciekawe, czy kiedyś do mnie wróci. Nie, nie będę dzisiaj o tym myśleć. Pomyślę o tym jutro... A Wam powiem tylko tyle - PRZECZYTAJCIE! 

26. "Mały książę" Antoine de Saint-Exupery

Tytuł: "Mały książę"
Tytuł oryginału: "Le petit prince"
Autor: Antoine de Saint - Exupery
Ilość stron: 93
Wydawnictwo: Muza SA

Mówią, że na niespełna stu stronach nie sposób zmieścić tylu emocji, tylu wartości, tylu prawd. Mówią, że tak cienka książeczka  nie może się równać z grubymi tomiszczami. Jak bardzo się mylą...



Ale ja już wiem... Poznałam małego księcia, odwiedziłam Jego i Różę. I choć ta wizyta nie była tak długa, jak bym sobie życzyła, to była wspaniała. Niezwykła. Pouczająca.  A koniec przeszył, złamał moje serce. Setki igieł wbiło się w ten narząd, który ponoć pompuje krew. Ale ja wiem o sercu coś więcej: wiem, że widzi się nim lepiej niż oczami. Bo oczy są zdradliwe, bo oczy zaciemniają prawdę, bo oczy widzą tylko zewnętrzną powłokę, która jest tak naprawdę jednym wielkim kłamstwem, jednym wielkim oszustwem. A mały Lisek miał rację:


"Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu"

Nie ma słów, które opiszą to co przeżyłam, czytając tę pozycję. Albo ja po prostu nie mogę ich znaleźć - nie jestem tak dobra i niewinna jak Mały Książe, nie potrafię tak ślicznie wyrazić emocji. Muszę się pogodzić z tym, że tracę dziecięcą niewinność, że powoli przybieram barwy szarości tego świata. Ale chociaż na tę parę godzin mogłam ponownie przyodziać płaszcz dziecięcej niewiedzy, naiwności, a zarazem przenikliwości, swego rodzaju mądrości oraz otwartości. Ta powieść  wzbogaciła mnie niesamowicie, a liczy sobie tylko dziewięćdziesiąt trzy strony zapisane sporym drukiem i uzupełnione kolorowymi ilustracjami.


"Stajesz się odpowiedzialny na zawsze za to, co oswoiłeś"

 Gdybym powiedziała, że oswoiłam "Małego Księcia" to byłoby to kłamstwo. Nie, jest zupełnie odwrotnie - to "Mały Książę" oswoił mnie. I stałam się jego przyjacielem, a on już na zawsze będzie moim. Pamiętajcie, jesteście odpowiedzialni za to, co oswoicie!


MOJA OCENA:
10/10

25."Doktor Sen" Stephen King

Tytuł: "Doktor Sen"
Tytuł oryginału: "Doctor Sleep"
Autor: Stephen King
Ilość stron: 656
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka


Obserwując poczynania naszych rodziców widzimy nie tylko ich powodzenia, dobre decyzje czy godne podziwu czyny. O nie... Zdarza nam się też zobaczyć coś co napawa nas strachem, złością lub wstydem. Coś, czego nigdy w życiu nie chcielibyśmy powtórzyć. Zamykamy się przed przeszłością, chcemy być lepsi od naszych przodków, nie chcemy popełnić tych samych błędów i grzechów, co oni dawniej. Ale to czasem nie wychodzi. Patrząc na swoją nieprzytomną twarz, zniszczone ubranie i  ciało wyniszczone używkami widzimy, że są grzechy dziedziczne i błędy, których nie da się zasklepić. A może jednak, może jednak nam się to uda.

Wszyscy, którzy czytali "Lśnienie" pamiętają tego małego dzieciaka - Danny'ego. Dziwnego dzieciaka, ssącego nieustannie kciuk i dostrzegającego coś więcej. W "Doktorze Sen" ów maluch dorósł i jest nazywany Danem, lecz Jasność dalej wywiera na niego duży wpływ. Tragiczne wydarzenia z Panoramy zostawiły na jego osobowości trwały ślad - mężczyzna idzie w ślady swojego ojca i prześladowany demonami i duchami starego hotelu staje się alkoholikiem. Do czasu, gdy postanawia przystąpić do AA i rzucić nałóg, który zniszczył i doprowadził do szaleństwa jego ojca - Jacka. Dan zamieszkuje w małej miejscowości, uczęszcza na spotkania stowarzyszenia, poznaje nowych przyjaciół oraz znajduje zatrudnienie w Hospicjum, gdzie wkrótce zdobywa uznanie jako jeden z najlepszych sanitariuszy, specjalizujący się w opiece nad odchodzącymi z tego świata ( właśnie tam zostaje mu nadany przydomek Doktor Sen" ).

Dan żyje całkiem spokojnie, aż do chwili gdy otrzymuje wiadomość telepatyczną od tajemniczej Abry. Okazuje się, że dziewczynka ma taką samą zdolność jak mężczyzna, przez co znalazła się w wielkim niebezpieczeństwie. Zagraża jej złowrogie stowarzyszenie - Prawdziwy Węzeł, które czyha na jaśniejące dzieci i żywi się ich mocą.  Z pozoru zwyczajni staruszkowie są tak naprawdę strasznymi, pradawnymi bestiami. Dan obiecuje pomoc i opiekę nad Abrą. Stara się też zniszczyć Prawdziwy Węzeł.


Och, co ten King ze mną robi? Czasem nudzi tak, że nie jestem w stanie dokończyć jego książek, innym razem zaskakuje mnie swoją zdolnością do wnikliwej obserwacji ( "Joyland" ), aby w jeszcze innym dziele śmiertelnie mnie przerazić  ( "Lśnienie" ). Jakie emocje wywołała we mnie kontynuacja książki, po której bałam się wyjść w nocy do łazienki. Z pewnością zaciekawienie dalszymi losami postaci, złość i lęk. To ostatnie zwłaszcza. Tego ostatniego było najwięcej. Bo jak u się nie bać wspomnień Panoramy i Prawdziwego Węzła. Złość na to, że bohaterom nie udawało się wszystkiemu zapobiec.

A skoro już o bohaterach mowa, to jak to już u Kinga bywa byli znakomicie wykreowani i bardzo realni. Może za sprawą wielu wad nie zawsze wzbudzali sympatię, ale z pewnością nie można ich nazwać papierowymi. Mimo trudnej przeszłości bardzo polubiłam Dana - może dlatego, że wciąż miałam obraz dzieciaka ssącego kciuk na demonicznym placu zabaw w Panoramie. Abra była ujmującą dziewczynką i autorowi naprawdę dobrze udało się odmalować problemy nastolatki, jednocześnie sprawnie opisując jej niezwykłość. W końcu większość z nas nie potrafi przekazać telepatycznie wiadomości i dzielić ciała z kimś innym. Dodatkowo, Kingowi udało się uchwycić magiczny proces dorastania: od kwilącego niemowlaka, przez roztropną dziewczynkę do zdecydowanej nastolatki. I była jeszcze ona... Rose Kapelusz, z nieodłącznym kapeluszem na głowie. Piękna, inteligentna i ujmująca, ale w głębi serca okropna i bezlitosna. Postać przerażająca, ale porywająca.

"Doktor Sen" został napisany dosyć wartkim, wciągającym językiem. Mimo, że King po raz kolejny nie uniknął swojego standardowego gawędziarstwa, to czytało się tę książkę bardzo dobrze. I naprawdę szybko - trzy dni na prawie siedemset stron to całkiem niewiele, prawda? Jedyne co mi się nie podobało, to wulgaryzmy, a raczej zbyt duża ich liczba. Naprawdę, chyba czasem można by się było bez nich obyć ? Ale ja jestem nadwrażliwa w tej kwestii i bardzo krytyczna. Generalnie, książki się nie czyta - ją się połyka. Litery płyną przed naszymi oczami, tworząc rozmywające się i nachodzące na siebie obrazy. I jeszcze jedno trzeba Kingowi przyznać - straszyć to on potrafi. I wcale nie potrzebuje do tego obrzydliwych opisów - po prostu umie tworzyć klimat najprawdziwszej grozy i ciasną, duszną atmosferę.

Czy polecam "Doktora Sen"? Oczywiście, że tak. Jeżeli lubicie książki Kinga, to ta z pewnością również wam się spodoba. Jest umiejętnie napisana, akcja jest wciągająca, a bohaterowie mistrzowsko wykreowani. A jeśli porwało was "Lśnienie" to "Doktor Sen" spodoba się wam tym bardziej, zwłaszcza, że wydanie jest bardzo staranne. Biegiem do bibliotek albo księgarni! :)


MOJA OCENA:

           8,5/10     


      

24. "19 razy Katherine" John Green

Tytuł: "19 razy Katherine"
Tytuł oryginału: "An abundance of Katherines"
Autor: John Green
Ilość stron: 304
Wydawnictwo: Bukowy Las

Patrzę na tę okładkę... Widzę zieloną twarz, zielone dziewczęce sylwetki.  Niby nic specjalnego... Ale potem w oczy rzuca mi się ogromny napis JOHN GREEN. I biorę tę książkę troskliwie do ręki, przytulam do piersi i idę do kasy. Mam nadzieję, że zrobiłam dobrze. Że się nie rozczaruję. Że Green mnie nie zawiedzie.

I nie zawiódł. Choć nie poruszył tak jak w "Gwiazd naszych wina" to wzbudził we mnie jakieś emocje: śmiech, złość, rozczulenie. Ale chyba za bardzo się rozpędziłam. Opowiem wam wszystko po kolei...


Colin Singleton nie jest zwykłym nastolatkiem. O nie, jest tak zwanym cudownym dzieckiem aspirującym do miana geniusza. Jest też notorycznym porzuconym - właśnie rzuciła go dziewczyna o imieniu Katherine. Gwoli ścisłości, już dziewiętnasta Katherine z rzędu. Na złamane serce Colina pomóc może tylko zapomnienie i długa podróż bez celu, dlatego wraz z Hassanem, swoim najlepszym i jedynym, wyznającym Islam i wiarę w Sędzię Judy przyjacielem udaje się w drogę. Po drodze spotkają wiele niesamowitych przygód: martwego austriacko-węgierskiego księcia, ogromną i krwiożerczą dziką świnię, a Colin rozpocznie pracę nad Teorematem o Zasadzie Przewidywalności Katherine. Czy uda mu się znaleźć rozwiązanie pozwalające przewidzieć przyszłość każdego ze związków? Czy znajdzie miłość w kolejnej Katherine? Czy jego ból zostanie ukojony?

"Książki to notoryczni Porzucani: gdy je odkładasz mogą na ciebie czekać wiecznie, a gdy poświęcisz im swoją uwagę, zawsze odwzajemniają twoją miłość"

Główny bohater jest dziwny. Momentami przerysowany. Czasem irytujący. Mimo tego, że bardzo często mnie denerwował, to jednak dodawał klimatu całej historii. Raczej nie doszłabym z Colinem do porozumienia z tą jego manią do matematyki ( choć z drugiej strony imię się zgadza ;) ), ale do tej powieści pasował jak eliksir do kociołka. Zdecydowanie bardziej polubiłam Hassana z jego oryginalnym, czasem lekko prostackim poczuciem humoru i miłością do Sędzi Judy - nadrabiał towarzyskością i sympatią za Colina. Lindsey... Ach ta moja Lindsey... To była taka dziewczyna, którą się po prostu lubi. W całej swej prostocie, zwyczajności wzbudzała ciepłe uczucia. Szerzyła radość w swej rodzinnej wiosce i wzbudzała uśmiechy na twarzy innych. Nie była doskonała, ale jej wady dodawały uroku i budziły we mnie ciekawość. Green po raz kolejny udowodnił mi, że w kreowaniu wyrazistych młodych charakterów jest mistrzem. Nie przedkładam bohaterów "19 razy Katherine" nad Hazel i Augustusem, ale i tak ich cenię. I lubię.

Język podobnie jak w GNW jest prosty i lekki. W końcu Green pisze głównie dla młodzieży ( chociaż nie tylko ), a ona lubi błyskotliwe, zabawne dialogi i dosyć krótkie opisy. Jednak styl Johna naprawdę mi się podoba: idealnie pasuje do tej książki, rozluźnia, bawi i ułatwia czytanie. Ostrzegam tylko nie cierpiących przekleństw - w "19 razy Katherine" jest ich sporo i to jest dla mnie jedna z paru wad tej pozycji.

Kolejną jest duża liczba matematyki, zbyt duża jak dla mnie. Nie przepadam za królową nauk, i mimo, że nie jestem matematyczną ignorantką to spora liczba wykresów i wzorów mocno mnie przytłaczała, pomimo wyjaśnień w przypisach. Na szczęście z przypisów dowiedziałam się czegoś więcej niż tylko matematycznych sekretów. Odkryłam w nich kilka naprawdę zajmujących ciekawostek i informacji. Może i nie są specjalnie przydatne, ale jednak ich znajomość daje dużą satysfakcję. 

Polskie wydanie jest naprawdę ładne. Okładka może i jest niepozorna, ale staranna i klimatyczna. Przekład jest naturalny i ułatwia śledzenie losów Colina i spółki. Czcionka umożliwia płynięcie po słowach i nie męczy oczu. Bukowy Las spisał się naprawdę solidnie.

"Ale temu uśmiechowi nie można było się oprzeć. Ten uśmiech mógłby wygrywać wojny i leczyć raka"

              "19 razy Katherine" jest trochę dziwna, ekscentryczna, a nawet absurdalna. Cały opis fabuły brzmi dosyć groteskowo, i co tu dużo mówić oryginalnie. W czasie czytania towarzyszyła mi nutka przewidywalności, rozbawienia, zdziwienia. I ciepło, które z tej powieści wprost bije. Jest jak mgiełka, która nas otacza i wzbudza w nas sympatyczne uczucia. Bo "19 razy Katherine" jest dużo lżejsze i zabawniejsze od "Gwiazd naszych wina".  Nie ma tam śmierci, chorób czy raka. I mimo, że GNW oceniam trochę wyżej, to ta książka też mi się spodobała. Rozbawiła. Ukoiła. Zachęciła do poszukiwania własnego ja.  I mimo irytacji zachowaniem Colina, wulgaryzmami i Teorematem bardzo mi się spodobała.


MOJA OCENA:
8,5/10
  

O dziele życia Tolkiena, czyli o "Władcy Pierścieni" słów kilka lub więcej

O "Władcy Pierścieni" słyszał chyba każdy. Jeśli nie o książkach, to o głośnych, i co tu dużo mówić znakomitych, ekranizacjach. Na pewno nie napiszę dziś nic odkrywczego czy choćby interesującego, ale są książki, o których trzeba coś napisać - inaczej dręczy nas dziwna pustka. Właśnie dlatego powstał ten post.


  

Moja przygoda z "Władcą Pierścieni" zaczęła się raczej mało obiecująco. Mój tata był fanem zarówno ekranizacji, jak i książki, ale moja mama, która fantastyki bardzo nie lubi, zawsze mnie przed filmem chroniła i mówiła, że jest straszny. Pewnego wieczoru jadłam kolację i akurat leciała "Drużyna Pierścienia" - sielski początek w Shire. Spodobało mi się to, co zobaczyłam i zaczęłam szukać w osiedlowej bibliotece prozy Tolkiena. I udało mi się. Przeczytałam, obejrzałam filmy i jestem w stanie powiedzieć tylko tyle, że kocham. Kocham "Władcę Pierścieni" całym swoim sercem.

Ktoś mógłby się zapytać, co jest w "Władcy Pierścieni" takiego wyjątkowego. Co sprawia, że pomimo tylu lat od wydania nadal zachwyca, i to ludzi w każdym wieku. Odpowiedź nie byłaby prosta. Tolkien stworzył książkę ( bo napisał ją jako jedną książkę, tylko wydawca podzielił WP na trzy tomy ), która zachwyca. Niesamowicie dokładnie i barwnie wykreowanym światem, pięknym językiem, akcją, różnorodnymi bohaterami, wartościami i nawiązaniami do różnych mitologii i epicką walką dobra ze złem. Znalazłam tam to wszystko, czego oczekiwałam, a czego się nawet nie spodziewałam. "Władca Pierścieni" jest dla mnie taką pozycją jak "Harry Potter" - także często go sobie powtarzam, także miał duży wpływ na mój czytelniczy gust, także ma dla mnie ogromne znaczenie.


A wszystko zaczyna się od przyjęcia urodzinowego, najzwyklejszego w świecie. No dobrze, Bilbo Baggins kończy sto jedenaście lat, co jest wiekiem dosyć imponującym nawet dla hobbita, ale wszystko wydaje się być zupełnie zwyczajnie. Bilbo udaje się w podróż powierzając swojemu krewniakowi Frodowi Bagginsowi tajemniczy pierścień.  Po latach stary czarodziej Gandalf odkrywa kto tak naprawdę stworzył pierścień. A jest to Sauron, Władca Ciemności, który ponownie odzyskuje dawną moc i zwołuje poszukiwania Jedynego Pierścienia. Jedynym wyjściem wydaje się ucieczka, więc hobbici udają się do Rivendell, gdzie zwołana zostaje rada. Okazuje się, że pierścień należy zniszczyć. Nie można tego jednak zrobić ot tak, bo jedynym miejscem, gdzie Pierścień zostanie naprawdę unicestwiony jest Orodruina, gdzie niegdyś go wykuto. Dziewięciu wybranych rusza w podróż do Mordoru, by ułatwić  zadanie Powiernikowi Pierścienia. Po drodze spotykają wielu przeciwników, ale też sojuszników. A decydująca bitwa zbliża się...

 "Dla elfich władców pod niebem jasnym Trzy są Pierścienie,
Dla krasnoludzkich podziemnych królów Pierścieni Siedem,
Dziewięć dla ludzi - tych ostatecznym śmierć przeznaczeniem,
Dla Władcy Mroku na czarnym tronie jest Pierścień Jedan
W Krainie Mordor, gdzie wiecznej nocy zaległy cienie.
Pierścień Jedyny, by władać wszystkimi, czarem je opętać,
Pierścień Jedyny, by wszystkie zgromadzić i w ciemnościach spętać
W Krainie Mordor, gdzie wiecznej nocy zaległy cienie'"

Świat stworzony przez J.R.R Tolkiena jest niesamowity. Zaskakuje oryginalnością, realnością, ale też fantazją czy mrokiem. Jest pełen sprzeczności, a jednocześnie każdy jego element do siebie pasuje i tworzy niezwykłą całość. Śródziemie jest hołdem w stronę wielu kultur, ale jednocześnie jest zupełnie osobnym światem, pełnym baśniowości, ale też bardzo prawdziwym. Ludzie, elfowie, krasnoludy żyją i giną. Ich życie, tak jak i nasze, dobiega pewnego dnia końca. Dobro nie zawsze wygrywa, a zło może kryć się wszędzie. Mitologia Śródziemia jest tak zaawansowana i bogata, że nie ma sensu jej tutaj opisywać: wszystkie języki, legendy i istoty tam występujące zostały wymyślone przez autora i są szerzej opisane w "Silmarilionie"   

Bohaterowie są tolkienowscy. Po prostu. Nie wiem, jak to dokładnie wyrazić, ale właśnie takie są: charakterystyczne dla Tolkiena, barwne i swojskie. Lubię wielu z bohaterów, ale do tych najulubieńszych należą z pewnością:

Merry i Pippin 
     

Młodzi hobbici prosto z Shire. Rozrywkowi, zabawni i troszkę nierozsądni, ale w głębi ich serc kryje się odwaga i waleczność. Typowi rozrabiacy, którym prawie zawsze dopisuje dobry humor. W czasie czytania zapewniali dużą dozę śmiechu i dobrego humoru.

Faramir


Uwielbiam go za odwagę, inteligencję, powagę i waleczność. Za to, że jest tak inny od swojego brata - taki rozważny, rozsądny. Za to, że potrafił tak pięknie kochać i tak dzielnie walczyć za ojczyznę. To jedna z postaci w WP, którą ubóstwiamy razem z moją przyjaciółką :)

Legolas

   

Legolas... Dlaczego go tak lubię? Za to, że był elfem. Za to, że był taki stary, a jednocześnie młody. Za jego mądrość i subtelność.

Aragorn

  
Był taki królewski, dostojny, mądry. Nie widać było po nim wieku i lat tułaczki.  Nie umiem tego inaczej opisać.

Język był piękny. Troszkę stary, minimalnie nawet zapyziały... Ale w tym tkwi czar WP. W długich, barwnych opisach; bogatych dialogach i dostojnych, pięknych słowach. Książki nie czyta się bardzo szybko, ale nie o to chodzi. Chodzi o to by zapadała w pamięć, by pozostawiała po sobie ślad na długo. By czegoś nauczyła. I "Władca Pierścieni" dał mi to wszystko: nauczył, że zawsze warto walczyć i mieć nadzieję. Pozostał na wieki w mej pamięci i ślad po nim jest dalej widoczny. Jeśli jeszcze nie znacie tej historii to zachęcam do jej poznania, do zaznajomienia się ze światem Tolkiena. Warto!
      

23. "Alicja i lustro zombi" Gena Showalter

Tytuł: "Alicja i lustro zombi"
Tytuł oryginału: "Through the zombie glass"
Autor: Gena Showalter
Ilość stron: 444
Wydawnictwo: Mira - Harlequin


Jakbyś się czuł, gdyby twoi przyjaciele walczyli z wrogiem, a ty nie mógłbyś się ruszyć z łóżka, by im pomóc. Leżałbyś bezczynnie niecierpliwie oczekując wiadomości i w myślach przygotowując się na najgorsze. Z pewnością nie byłoby to przyjemne. Byłbyś zły na siebie, wściekły na innych i bezsilny przeciw wrogowi i okrutnemu światu. Może jednak rzuciłbyś się w wir walki wbrew zakazowi. Znowu ryzykowałbyś życie, by pozbyć się przeciwnika i chronić innych...

Alicja Bell jest prawie zwyczajną nastolatką. Ale tylko prawie... Wieczorami i nocami bowiem walczy z zombi razem z grupą towarzyszy. A zombi są niebezpieczne i żądne krwi. W ostatniej walce została ranna i na jakiś czas musiała zrezygnować z treningów, ale na szczęście troskliwie opiekuje się nią jej chłopak, Cole Holland. Gdy dziewczyna w końcu wraca do walki, zostaje rzucona w wir dziwnych i mrocznych wydarzeń. Nie dość, że jej kontakty z Cole'em ulegną dużemu pogorszeniu i pojawią się wizje między nią, a nowym chłopakiem Gavinem, to dodatkowo w lustrze pojawi się druga postać, która będzie usiłowała przejąć nad nią kontrolę. Czy Alicja podoła tej ciężkiej sytuacji? Czy uda jej się poprawić relacje z chłopakiem? Czy dodatkowe odbicie w lustrze zniknie?

"Alicję i lustro zombi" kupiłam z powodów dość oczywistych. Jestem posiadaczką poprzedniej części i wypadałoby zebrać także następne - to po pierwsze, po drugie naczytałam się wielu pozytywnych recenzji, a po trzecie potrzebowałam jakiejś lekkiej, wciągającej lektury w sam raz na letnie wojaże. Co otrzymałam?

Zdecydowanie pozycję, która zawiodła moje, całkiem zrozumiałe po pierwszym tomie oczekiwania. Zamiast na budowaniu napięcia autorka skupiła się bardziej na love story głównych bohaterów i jego wzlotach i upadkach. Kilka razy wywołało to we mnie odruchy, których po imieniu nazywać nie będę, bo nie wypada. W końcu to blog o książkach i kulturze. Pierwszy rozdział bardzo mnie rozczarował - był mdły, słodki, w całości poświęcony romansowi i rozmowie Cole'a i Alicji.  Myślałam, że przerwę lekturę książki, ale brak jakiejkolwiek innej pozycji zmusił mnie do przebrnięcia przez resztę kartek. Dalej było nieco lepiej. Można się było trochę pośmiać, a autorka miała całkiem niezły pomysł, jeśli chodzi o jeden z wątków. Zaczęło się robić ciekawiej, ale niestety całość, przynajmniej, dla mnie przyćmił mdły romans między głównymi bohaterami. 

Bohaterowie byli jedną z wielu dobrych stron pierwszego tomu. Polubiłam ich i utożsamiłam się z nimi. Niestety, w tej części zamiast wzbudzać sympatię to irytowali. Alicja teoretycznie nadal była odważna i energiczna, ale praktycznie cały czas jej myśli krążyły wokół Cole'a, który z nią zerwał, który ją źle potraktował, i tym podobne. Cole stracił cały swój urok, który miał w części pierwszej. Był chwiejny, niestały, ciągle niezdecydowany i starał się to ukryć pod maską siłacza i bohatera. Jedynymi postaciami, które dalej wzbudzały u mnie ciepłe uczucia były babcia Alicji i Kat. Polubiłam też Gavina, który był dosyć ciekawym i zabawnym bohaterem.     

Romans, czy jak kto woli, uczucie głównych bohaterów w poprzedniej części naprawdę mi się podobało. Było barwnie, realnie i zabawnie. Ale tutaj to wszystko zamieniło się w jakąś "Modę na sukces": rozstają się, kłócą, nadal kochają i w końcu się schodzą. Oczywiście, nie obejdzie się bez "wzruszających" wstawek, rzekomych zdrad i rękoczynów. Wiem, że paranormal romance rządzi się swoimi prawami, ale miałam nadzieję, że tym razem będzie inaczej, prawdziwiej, ciekawiej, po prostu lepiej. Na tym polu Showalter także bardzo mnie rozczarowała.

Musimy jednak oddać autorce sprawiedliwość, jeśli chodzi o język, którym napisana jest książka. A jest on dosyć barwny i jak na literaturę młodzieżową całkiem bogaty i rozwinięty. Narracja z punktu widzenia głównej bohaterki dalej wciąga, mimo irytacji, jaką we mnie wzbudziła, a uczucia bohaterki są opisane całkiem zgrabnie. Oczywiście nie jest to styl pisania niczym w powieściach klasycznych, ale czyta się całkiem przyjemnie i nie ma się wrażenia, że książka została napisana przez pięciolatka.  

To, że autorka skupiła się głównie na uczuciu między postaciami wpłynęło znacząco na resztę opisywanego świata. Niestety, niczego nowego o zombi ( wolę nazwę zombie ) się nie dowiedziałam, a bardzo na to liczyłam. Podobało mi się natomiast przedstawienie psychiki człowieka rozdzieranego między dwoma sferami. Było to opisane bardzo interesująco i zachęciło mnie do kontynuowania męczącej lektury.  

"Alicja i lustro zombi" bardzo mnie zawiodła. Nie nazwałabym tej lektury całkowitą porażką, ale niestety znalazłam w niej więcej wad niż zalet. Gdy przymknie się oko na wątek romantyczny i irytujących bohaterów można otrzymać lekką i dość ciekawą pozycję na rozluźnienie. Ja niestety nie potrafiłam.


Moja ocena:
4/10

22."Rok 1984" George Orwell


Tytuł: "Rok 1984"
Tytuł oryginału: "Nineteen eighty four "
Autor: George Orwell
Ilość stron: 347
Wydawnictwo: MUZA


Są takie książki, które po prostu trzeba znać, by móc się nazywać prawdziwym miłośnikiem książek i literatury oraz uważać się za jej znawców. Takie książki zwykle nazywane są klasyką, a wielu z nas ma o nich dość negatywne zdanie. Traktujemy je jako nudną, bezsensowną papkę, którą czyta się tylko, gdy znajduje się ona w spisie lektur. Czasem nawet sięgamy po streszczenie, byle tylko się nie męczyć  i nie nudzić. A często możemy bardzo tego żałować...
Bywają bowiem klasyki, które naprawdę na taką nazwę zasługują. Przekazują wiele wartości, ukazują starannie inne epoki i kultury, czarują swym językiem.  I do takich właśnie pozycji zaliczam "Rok 1984". 

Winston Smith jest zwyczajnym obywatelem Oceanii, zamieszkałym w Pasie Startowy Jeden w mieście Londyn. Pracuje w Archiwum Ministerstwa Prawdy, zwanego też Mini-prawd, uczęszcza do Świetlicy, a w jego mieszkaniu wisi plakat "Wielki Brat Patrzy" - słowem, zachowuje się jak każdy przyzwoity mieszkaniec Oceanii. Do czasu, gdy pewnego dnia otwiera zeszyt i zapisuje w nim cztery niebezpieczne słowa: "precz z Wielkim Bratem". Wtedy uświadamia sobie, że Partia każdego dnia oszukuje obywateli, fałszuje dane i zmienia fakty. Każda jednostka ma przykładowo obowiązek wierzenia w to, że dwa i dwa daje pięć, cztery, trzy lub każdą z tych liczb. Jedyną nacją, która może się temu przeciwstawić są prole - wolni, niekontrolowani mieszkańcy Oceanii, którzy jednak owych nieprawidłowości nie zauważają i nie zamierzają sięgać po broń.  Aż pewnego dnia Smith poznaje Julię, która wprowadza go w świat tajnych ruchów oporu i podziemnych organizacji. Jednak czy w świecie gdy Policja Myśli wykrywa każdą zbrodniczą myśl, a ludzie są inwigilowani dwadzieścia cztery godziny na dobę bohaterom uda się pozostać nieodkrytym i stawić  jakąś czynna próbę oporu? 


"Normalność nie jest kwestią statystyki."

Witajcie w Oceanii, świecie tak brutalnym i realnym, że aż boję się pomyśleć do czego zmierza nasz świat. Całodobowa inwigilacja, pełna kontrola nad obywatelami, fałszowanie i zmienianie danych, błyskawiczne usuwanie skażonego zbrodnią mieszkańca - to wszystko wydaje mi się przerażające, ale i niezwykle prawdopodobne. Wojny wyniszczające naszą planetę lub choćby nasz kontynent do tego właśnie mogą doprowadzić. Kiedy George Orwell pisał "Rok 1984" w smutnych powojennych latach, a konkretnie roku 1948 taka wizja przyszłości wydawała mu się niezwykle realna. Trudno się dziwić, że w wielu państwach wydanie tej książki zostało zakazane, zwłaszcza na wschodzie. I muszę przyznać, że znakomicie przelał swoje myśli na papier, tworząc jedną z pierwszych antyutopii, która stała się inspiracją dla wielu dzisiejszych, współczesnych twórców tego gatunku.



  Powieść nie jest nudna, przeciwnie akcja toczy się szybko i czytelnik od razu zostaje rzucony na głęboką wodę, poznając podstawowe zasady świata stworzonego przez Orwella. Dowiaduje się, jak działa Policja Myśli, co to jest myślozbrodnia, jak funkcjonuje Partia i poszczególne jej ministerstwa.  Lektura wzbudza wiele emocji: przerażenie, strach, smutek, powagę. Zmusza do wielu refleksji na temat funkcjonowania społeczeństwa, pokazuje jak bardzo ludzie mogą wierzyć władzy, jak łatwo ich kontrolować i trzymać w ryzach. Jest to książka dosyć brutalna i bardzo realna, ale myślę, że jest to cecha wyróżniająca ją spośród innych pozycji w kanonie lektur. W końcu nie możemy wiecznie żyć w zamkniętej, złotej klatce; nieświadomi tego, do czego zmierza świat i tego, co już się na nim dzieje. Wojny, gwałty, dyktatura, morderstwa są w naszych czasach na porządku dziennym, nawet jeśli bezpośrednio nas nie dotyczą.

"Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość; kto rządzi teraźniejszością, w tego rękach jest przeszłość."      

Polubiłam głównego bohatera. Wzbudzał we mnie różne emocje: współczucie, smutek, czasami  złość. Był człowiekiem jakich wielu, ale znalazł w sobie odwagę, by walczyć z systemem. Sprzeciwić się Wielkiemu Bratu i Partii, za co groziły bardzo surowe kary, a nawet śmierć. Nie był super przystojnym herosem, nie miał nadzwyczajnych, nienaturalnych mocy - był człowiekiem takim jak my. Mężczyzną w średnim wieku, z łysiną na głowie i wąsem, ale to właśnie w tym tkwił czar. Mogliśmy obserwować jak zwykły, szary obywatel sprzeciwia się władzy. Julia była nieco irytująca. Najpierw rzuciła się z pasją do walki, a potem poddała się bardzo szybko. Dla mnie była postacią, która udaje, że jest silna, by w kluczowym momencie wycofać się. Był jeszcze O'Brien, fascynująca osobowość i niejednoznaczny charakter.

   "Nie można zapomnieć o czymś jedynie dlatego, że się tego chce"

"Rok 1984" wzbudził we mnie wiele emocji. Najpierw ciekawość, potem złość na system, Partię i Wielkiego Brata, podziw dla bohaterów, którzy usiłowali się wybić spośród tysięcy innych jednostek, postawić władzy. Było też trochę lęku. I smutku, bardzo wiele smutku. Bo powieść ta nie jest bajką dla dzieci z pięknym, szczęśliwym zakończeniem. Nie kończy się zdaniem: "I żyli długo i szczęśliwie". Nie, absolutnie nie. Zakończenie jest porażające, smutne i bardzo realne. Zresztą happy end nie pasował by tutaj, do świata tak brutalnego, ubogiego, przerażającego.

"Władza to nie środek do celu; władza to cel. Nie wprowadza się dyktatury po to, by chronić rewolucję; wznieca się rewolucję w celu narzucenia dyktatury. Celem prześladowań są prześladowania. Celem tortur są tortury. Celem władzy jest władza."   

"Rok 1984" nie jest książką, którą czyta się szybko i bez zastanowienia, Trzeba do tej pozycji dojrzeć, by zauważyć jej przesłanie i sens. Ale warto po dzieło Orwella sięgnąć, bo niesie ze sobą wiele wartości. I ostrzeżenie przed tym , do czego sami możemy doprowadzić. We mnie lektura wzbudziła wiele emocji i skłoniła do wielu refleksji, dlatego nie mogę jej ocenić inaczej.

Moja ocena:
10/10
          
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka